fbpx

KSIĄŻKA: DROGA DO PŁYNNOŚCI

Rozdział 1:

Pułapka Edukacji

Dlaczego angielski?

Język angielski jest oficjalnym językiem 67 krajów. To 35% wszystkich krajów. Po świecie chodzi ponad 400 milionów native speakerów, natomiast posługuje się nim na co dzień ponad 1.5 miliarda osób. Czyli co 5 człowiek rozmawia po angielsku. Co więcej, każdego dnia ten trend coraz bardziej przyspiesza i raczej już nie zwolni, dopóki nie zjednoczy nas wszystkich pod jednym angielskim sztandarem.

Rozglądając się dookoła ciężko nie zauważyć wpływu jaki ten język ma na nasze  życie. Wszystkie najfajniejsze treści w internecie są po angielsku, najlepsze filmy i seriale są w większości anglojęzyczne, firmy używają j. angielskiego do biznesowania między sobą, nowe produkty na rynku mają nazwy zapożyczone z tego języka, dzieciaki coraz częściej używają hybrydy polsko-angielskiej. Język angielski to niby nic innego jak zwykła forma komunikacji, jeden z 6 tysięcy dostępnych języków, a wydaje się, że ostatnio cały świat ma na jego punkcie obsesję.

W tym momencie żyjemy w czasach, w których albo człowiek komunikuje się płynnie po angielsku albo zostaje w tyle. Widzę to od lat w mojej pracy lektora, pracując z dorosłymi klientami, którzy “muszą się dogadać” lub “potrzebują angielskiego do pracy” albo “chcą zwiększyć swoje zarobki oraz możliwości zatrudnienia”. Angielski  szybko przestaje być kwestią “fajnie jest go znać”, tak jak włoski czy hiszpański, a staje się sprawą życia i śmierci. Za parę lat może być tak, że ludzi, którzy nie znają angielskiego na poziomie przynajmniej B1, nie będzie stać na kupno samochodu.

Jednocześnie język angielski jest cholernie trudny do nauczenia się. Cholernie. Trudny. Gramatyka to jakiś skandal (12 czasów?!), pisownia nie trzyma się kupy (9 sposobów na zapisanie dźwięku ‘i’, serio?!), o wymowie nawet szkoda gadać… Angielski ma tysiące powiedzonek, idiomów, slang z kilku różnych krajów oraz 160 różnych akcentów 😓


I jak ma zwykły, ciężko pracujący, człowiek to wszystko ogarnąć??

Bardzo mało znam ludzi, którzy w dorosłym wieku podjęli się nauki angielskiego i którym się udało. Ludzi, którzy śmiało mogą powiedzieć, że mówią płynnie i nie mają problemów z barierą językową. Takie przedsięwzięcie wymaga wielu, wielu wyrzeczeń. Praca nad językiem trwa przez lata, wymaga ciągłej motywacji i systematycznej pracy. I trzeba to robić jednocześnie żonglując pracą, rodziną, obowiązkami domowymi, sportami i innymi umiejętnościami, których musimy się nauczyć. Dzień ma tylko 24 godziny… (sorry, 16 godzin, bo przecież trzeba spać).

Podejmujemy się tego wyzwania, ponieważ angielski się przydaje,
a uczenie się języków jest rozwojowe. Koniec końców robimy to dla siebie. Angielski podniesie nam standard życia oraz samopoczucie i otworzy przed nami nowe możliwości. Prawda, ale nie zmienia to faktu, że praca nad opanowaniem języka obcego jest trudnym wyzwaniem.

Czy motywuje nas presja społeczna i ekonomiczna czy potrzeba samorozwoju, ta motywacja musi być stale napełniana; trzeba bez przerwy dmuchać we własny żagiel. A jak przestanę dmuchać lub sytuacja życiowa się zmieni, to wrócę do punktu wyjścia i będę musiał zaczynać od nowa.

Błędne Koło Nauki

Na przełomie lat rozmawiałem z setkami ludzi na temat ich podejścia do nauki i chociaż nie mówię, że wszyscy, to jednak znaczna większość opowiedziała mi wersję tej samej historii.

Pojawia się potrzeba nauki, zapisujemy się na fajny kurs lub ściągamy ciekawą aplikację. Na początku motywacja jest duża, a nauka sprawia nam wielką przyjemność. Jednak z czasem, po kilku tygodniach lub miesiącach, fajny kurs staje się męczący, a ciekawa apka zaczyna być nudna. Inne rzeczy w życiu wymagają naszej uwagi i nauka schodzi na drugi tor. Później na trzeci, na czwarty, aż w końcu nauka angielskiego zostaje całkowicie porzucona, a my zostajemy z frustracją. Życie toczy się jak dawniej, do czasu, kiedy pierwotna potrzeba powraca i cały cykl zaczyna się od nowa.

Schemat wygląda mniej więcej tak:

To nie jest dobry schemat. Coś jest z nim nie halo. Dlaczego nie może być tak, że zaczynamy się uczyć i jest po prostu fajnie,  motywacja nie spada i po krótkim czasie dochodzimy do celu? Dlaczego nie można tego zrobić raz a dobrze i mieć z tym spokój? Dlaczego ta frustracja ma się ciągnąć latami?

Dodatkowo, dlaczego jest tak, że człowiek uczy się tego języka i nawet coś tam umie i rozumie, ale dogadać się z innymi nie ma opcji? Dlaczego tak cholernie ciężko jest w tym języku mówić? Dlaczego ciężko pracujący człowiek musi zmagać się z czymś tak irytującym jak bariera językowa?

Te pytania nie dają mi spać po nocach.

Im częściej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że to jest problem techniczny. Problem, na który odpowiedź będzie miał inżynier, a nie lektor językowy. Aby rozwiązać ten problem, należy spojrzeć na całą sytuację analitycznie. Dlatego postanawiłem zmienić podejście i założyć na głowę czapkę inżyniera, podwinąć rękawy i zajrzeć pod maskę.

Ten problem składa się z kilku powiązanych ze sobą aspektów. Jednym z nich jest język oraz głębsze zrozumienie czym on tak naprawdę jest. Kolejnym aspektem jest nauka i związane z nią zrozumienie na czym polega proces przyswojenia języka obcego. Ostatnim aspektem problemu jest motywacja, czyli zrozumienie w jaki sposób ludzie podchodzą do zadań takich jak długotrwała nauka języka.

Biorąc te 3 aspekty pod uwagę, od razu staje się jasne, że problem zaczyna się już na samym początku błędnego koła:

Wynika on z tego, że kiedy w życiu pojawia się potrzeba nauki języka, szukamy rozwiązania tej potrzeby w klasyczny sposób: sięgamy po aplikacje, podręczniki lub szukamy kursu języka angielskiego. Zważywszy na naturę naszej potrzeby, szukamy sposobów nauki, które obiecują “gramatykę” albo “słownictwo” albo “mówienie” w swojej ofercie.

To jest całkowicie zrozumiałe. W końcu wszyscy zostaliśmy nauczeni, że problemy edukacyjne rozwiązuje się w edukacyjny sposób. Przecież język angielski to jeden z przedmiotów szkolnych. To jest coś co można się nauczyć w taki sam sposób jak można nauczyć się historii czy chemii.

Jednocześnie większość ludzi zgodzi się z tym, że system edukacji nie działa. Większość czasu na lekcjach języków obcych tak naprawdę marnujemy, a ci, którzy nauczyli się języka w szkole zrobili to pomimo systemu edukacji, nie dzięki niemu. Sam mogę o tym poświadczyć, ponieważ ucząc się w szkole zarówno angielskiego jak i niemieckiego, nauczyłem się do perfekcji tego pierwszego, natomiast drugi
u mnie kuleje. Było tak, ponieważ w moim przypadku nauka angielskiego zaczynała się po wyjściu ze szkoły.

Moja historia z j. angielskim

Podczas letnich wakacji, między gimnazjum a liceum, odwiedziłem moją ciotkę mieszkającą w USA. Do dziś pamiętam spacerowanie samemu po słonecznym Washington, DC i kupno mojej pierwszej w życiu kawy w Starbucksie. Uśmiechnięta dziewczyna przygotowująca dla mnie tall latte miała ogromny problem z napisaniem mojego imienia Mikołaj na kubku, więc uratowałem ją używając ksywki Nick. Bardzo mi się to spodobało. Dzień wcześniej moja ciocia przedstawiała mnie tak swoim znajomym.

Byłem z siebie niezmiernie dumny. Oto ja, Nick, przechadzam się po Ameryce i kupuję kawę po angielsku 😎 Niby mała rzecz, a jednak ten moment wyznaczył kurs na resztę mojego życia. Od tamtej pory wiedziałem dokładnie czego chcę: studiować w Stanach, gdzie jest słonecznie, radośnie i gdzie mam fajną ksywkę.

Mój poziom językowy nie był wyjątkowo niski, ale na pewno nie mówiłem wtedy płynnie. Byłem może na poziomie B1. Żeby się dostać na studia musiałbym zdać test TOEFL i żeby to zrobić musiałbym być na minimum poziomie C1.

Ponadto, samo dostanie się na studia nie wystarczy. Trzeba na nich zostać. I zastanawiając się nad tym co to tak naprawdę oznacza, doszedłem do wniosku, że bez umiejętności “słuchania wykładów”, “czytania książek” oraz “pisania esejów” daleko na studiach nie dojdę. Więc dokładnie na tym się skupiłem.

Kompletnie nie pamiętam co przerabialiśmy na lekcjach angielskiego w szkole, natomiast pamiętam doskonale, że po powrocie do domu słuchałem wykładów, czytałem pełno książek oraz uczyłem się pisać wypracowania. Poświęcałem na to godzinę dziennie w zaciszu swojego pokoju. Na biurku puszczało mi oczko moje własne zdjęcie spod amerykańskiego Capitolu.

Na początku było ciężko i nauka wiązała się z wieloma frustracjami. Poddawałem się niezliczoną ilość razy. Jednak za każdym razem marzenie, które miałem mocno osadzone w sercu, pomagało mi powrócić na właściwy tor. Każdy kolejny powrót był coraz łatwiejszy. W pewnym momencie przyjąłem zasadę, że wciąż mam sporo czasu i dopóki idę do przodu krok za krokiem, to w końcu dojdę do celu. I rzeczywiście, zajęło mi to 3 lata, ale dotarłem do mety.

TOEFL zdałem na 93%

Dostałem się do trzech amerykańskich uniwersytetów: Utah, Milwaukee oraz North Carolina, Wellington…

…i od razu musiałem ze wszystkich zrezygnować, ponieważ koszt studiów w USA to jakieś przestępstwo (średnio $30,000 za rok!!).

Ostatecznie na studia wyjechałem do Wielkiej Brytanii i uczyłem się w Walijskim Aberystwyth University. Było (dość) słonecznie oraz (bardzo) radośnie i wszyscy nazywali mnie Nick. Marzenie uważam za spełnienie.

Jednocześnie, dzięki temu przeżyciu zyskałem język angielski, który od tamtej pory jest najważniejszą częścią mojego życia. Dzięki niemu mam masę multikulturowych przyjaźni, przejechałem pół świata, mieszkałem w Wietnamie przez 3 lata oraz jestem w stanie płacić rachunki od 10 lat. Ponadto, język angielski dał mi dostęp do światowej bazy wiedzy, co ma ogromny wpływ na jakość mojego życia.

Tak więc udało mi się, w relatywnie krótkim czasie, raz na zawsze nauczyć się języka obcego.

Udało mi się to, ponieważ zamiast polegać na innych wziąłem odpowiedzialność za swoją naukę. Wiedziałem dokładnie w jakim celu się uczę i na podstawie tego celu stworzyłem ścieżkę, która mnie do niego doprowadziła. Cel był dla mnie na tyle ważny, że ciągle dodawał mi motywacji. To nie była stała motywacja, miałem lepsze
i gorsze dni, tygodnie i miesiące, ale kulminacyjnie, po 3 latach starań, ten cel osiągnąłem.

Lights on!

Zdaję sobie sprawę, że mój przypadek jest wyjątkowy. Niewiele osób ma wspomnienie jednego słonecznego dnia, które przez lata będzie dostarczać motywacji do nauki. Właśnie dlatego piszę tę książkę.

Przez ostatnie 10 lat pracy jako lektor językowy, i wcześniej przez 6 lat studiów oraz samodzielnej nauki języka, spędziłem wiele godzin rozmyślając nad tym w jaki sposób naprawdę przyswajamy język obcy. Można by powiedzieć, że to moja pasja, chociaż dla mnie jest to bardziej obsesja.

Prawda jest taka, że jest tak dużo sposobów nauki angielskiego, jak dużo jest ludzi na Ziemi. Nie istnieje jeden właściwy sposób nauki dla wszystkich. Za to istnieje jeden właściwy sposób nauki dla Ciebie.

Chciałbym pomóc Ci go odnaleźć. 

Jak?

Zapalając światło w pokoju.

Wyobraź sobie, że stoisz na początku bardzo dużego pomieszczenia. Możesz pomyśleć o największym salonie jaki znasz i zwiększyć jego rozmiar dwukrotnie.
W oddali, na drugim końcu, znajdują się drzwi, przez które chcesz koniecznie przejść. Między Tobą, a drzwiami jest pełno gratów. Przejście przez ten pokój wymaga nawigowania między stołami, krzesłami, półkami, klockami lego, roślinami, fotelami oraz co najmniej jednym psem śpiącym na podłodze.

Ten pokój reprezentuje ścieżkę nauki angielskiego. I tak samo jak na pokonanie odcinka tej przestrzeni, będzie wiele różnych sposobów na przyswojenie języka.

Dopóki wszystkie graty są dla Ciebie widoczne, przejście przez ten pokój to błahostka. Jednakże, w momencie gdy światło jest zgaszone, nawigowanie przez ten pokój staje się udręką. Nie wiedząc, że światło można zwyczajnie zapalić, albo błądzimy po omacku, albo oddajemy się w ręce przewodnika, któremu ufamy, że poprowadzi nas do celu swoją własną ścieżką.

Przewodnikiem będzie każda forma pomocy w nauce angielskiego: kurs w szkole językowej, indywidualny lektor, podręcznik, aplikacja na telefon, metodyka, itp.

OK, nie ma w tym nic złego. Jeśli w pokoju jest ciemno, to dobrze, żeby pomógł nam ktoś, kto się na tym zna. Tak, ale myśląc w ten sposób zapominamy, że przewodnik również błądzi w ciemności. Lektor językowy to osoba, której raz w życiu, po omacku, udało się przejść przez pokój. Podręczniki są najczęściej pisane przez native speakerów, którzy przechodzili przez ten pokój w dzieciństwie. Aplikacje na telefon zapewniają jednotorową ścieżkę dla milionów użytkowników, a ich celem jest to, żeby zarabiać na Tobie pieniądze, więc im dłużej jesteś w ciemnym pokoju, tym lepiej.

Oddając odpowiedzialność za naukę komuś innemu, oddajesz również kontrolę nad tym w jaki sposób, jak szybko i jak efektywnie przechodzisz przez pokój niewiedzy.

Pamiętaj, że Twoja sytuacja życiowa jest wyjątkowa. Najlepszy sposób na Twoją naukę to taki, który jest zintegrowany z Twoim życiem, Twoimi potrzebami
i sposobem, w jaki będziesz używać języka.

Może Ci się poszczęścić i znajdziesz przewodnika, który Ci to zapewni. Ale bardziej prawdopodobne będzie, że oddając kontrolę komuś, kto sam jest w ciemności i nie ma pojęcia o Twoim życiu, będziecie błądzić razem, szukając najlepszej dla Ciebie ścieżki. Jeśli tak się nie stanie to wymienisz jednego przewodnika na drugiego i trzeciego, ponieważ nie czujesz, że zbliżasz się do celu, do drzwi po drugiej stronie pokoju, do końca nauki. Prawdopodobnie dlatego nauka języka trwa tak cholernie długo dla większości ludzi.

Nie twierdzę, że mam odpowiedź na to jaką drogę masz obrać. Nie mam pojęcia o Twojej sytuacji i nie chcę brać odpowiedzialności za Twoją naukę. Moim celem jest zapalenie światła w pokoju i pokazanie Ci na czym naprawdę polega przyswojenie języka.

Na podstawie tego co zobaczymy zaproponuję Ci drogę, która moim zdaniem jest najbardziej efektywna, ale od Ciebie będzie zależało czy ją wykorzystasz. W momencie, gdy światło w pokoju będzie zapalone, najłatwiejsza dla Ciebie droga do drzwi stanie się oczywista.

Pułapka edukacji

Oddanie odpowiedzialności i nauka po omacku to podejście, które zostało zaprogramowane w nas przez klasyczny system edukacji. Każdy przedmiot w szkole miał swój program nauczania, stworzony przez nieznanych nam ludzi, który został nam bez wyjaśnienia narzucony. Zasady nauki polegały na tym, że przychodzimy na zajęcia, siedzimy cicho twarzą do autorytetu i zapamiętujemy wszystko co on/ona nam przekazuje. Każda cząstka informacji jest istotna, ponieważ nigdy nie wiemy z czego później będziemy sprawdzani. Informacje, które uzyskujemy zostały dobrane na podstawie programu, który według autorytetu, jest dla nas najbardziej odpowiedni.

Innymi słowy, nauczyciel ciągnie nas na siłę za sobą przez ciemny pokój. Nie kwestionujemy tego, czy ta droga ma sens, ani na jakiej podstawie ją stworzono. Zwyczajnie przyjmujemy, że ktoś mądrzejszy od nas, kto przeszedł przez ten sam system edukacji, wiedział co robi tworząc program edukacyjny danego przedmiotu.

W przypadku historii czy chemii to może mieć sens, ponieważ chyba najrozsądniej jest się uczyć dynastii królów piastowskich oraz pierwiastków w tabeli Mendelejewa zapamiętując informacje po kolei. Ale dlaczego używamy tej samej strategii do nauki języka, który fundamentalnie różni się od innych przedmiotów? Język nie jest zbiorem informacji, tak jak historia czy chemia, tylko sposobem na przekazywanie wiedzy.

Dlatego wiedzę na temat geografii, matematyki czy biologii można przekazywać za pomocą języka angielskiego, natomiast nie nauczymy się języka angielskiego za pomocą geografii, matematyki czy biologii.

Nie opisuję teraz nic przełomowego. Wszyscy to wiemy, jednakże mało ludzi bierze to pod uwagę zaczynając pracę z językiem. Zamiast traktować język obcy jako narzędzie do komunikacji, cały czas traktujemy język angielski jak każdy inny przedmiot szkolny.

Zapisujemy się na kursy do szkół językowych, pracujemy z nauczycielem (zwanym lektorem), kupujemy podręczniki do angielskiego albo ściągamy aplikacje (które pomimo fajnych animacji nadal są podręcznikami). Oddajemy się pod opiekę kogoś, kto tak samo jak my został zaprogramowany przez system edukacji. Wszyscy powielamy ten sam schemat.

Podczas 10 lat pracy lektora pracowałem z setkami kursantów (w różnych krajach) i wszyscy Ci ludzie po prostu mi ufali, że ja wiem co robię i im pomogę. Nikt nigdy nie zakwestionował tego w jaki sposób ich uczę. Jest nauczyciel, jest tablica, są ławki i zeszyty – wszystko się zgadza. Skoro Nick pracuje tyle lat jako lektor to musi wiedzieć co robi.

Mnie również się tak wydawało. Przez większość tego czasu ja sam nie kwestionowałem oficjalnego podejścia do nauki angielskiego. Szkoły, które mnie zatrudniały sprawiały wrażenie profesjonalnych i nastawionych na pomoc kursantom. Ludzie zapisywali się na kurs i pełni entuzjazmu przychodzili na zajęcia. Niemal zawsze po 1-3 miesiącach ten zapał umierał i kursant albo odchodził albo zmagał się z podłogową motywacją.

Bardzo chciałem im pomóc, ale nie wiedziałem jak. W końcu robiłem wszystko tak jak mi kazano: zadawałem pytania, prowadziłem rozmowę po angielsku, wyjaśniałem gramatykę, tłumaczyłem słowa i zadawałem zadania domowe. Dopiero kwestionując całe podejście do nauczania języka – zarówno program jak i sposoby – udało mi się zapalić światło w pokoju i zobaczyć o co tutaj tak naprawdę chodzi.

Prawda jest taka, że ani ja ani żaden inny lektor, nie wiemy dlaczego uczymy Was w ten sposób. Większość z nas to młodzi ludzie, którzy albo dorabiają sobie na studiach, albo nie mają pomysłu na inną karierę. Praca lektora nie wymaga ukończenia studiów lingwistycznych ani doświadczenia pedagogicznego. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej najważniejszy był zawsze dźwięk mojego akcentu.

Nasza praca jest dość prosta. Polega ona na rozmawianiu z Wami zadając pytania z planu lekcji, na podawaniu słów oraz tłumaczeniu w kółko tych samych zasad gramatycznych. W Wietnamie pracowałem z lektorami, których pomysł na życie to wieczne imprezy oraz byczenie się na plaży, pod warunkiem, że odbębnią 3 godziny dziennie przed komputerem.

Mówię teraz oczywiście ogólnikowo. Znam bardzo dużo świetnych lektorów, którzy nauczają z powołania. Praca z nimi to inna liga. Zarażają Cię swoim entuzjazmem i pasją do języka. Jednakże, nawet ci ludzie korzystają z tych samych materiałów dydaktycznych co reszta.

Programy nauczania są często z góry narzucone przez właścicieli szkół, którzy nas zatrudniają. W większości przypadków podążamy nimi tak samo bezwiednie jak kursanci, z którymi pracujemy.

Szkoły językowe w większości nie należą do lingwistów, tylko do lektorów ze smykałką do biznesu. Programy nauczania tworzą oni najczęściej na bazie podręczników, które kupili w księgarni językowej.

Dwa razy uczestniczyłem w projekcie tworzenia programu nauczania i za każdym razem posiłkowaliśmy się podręcznikiem zrobionym przez kogoś innego, nie zastanawiając się nad tym czy to jest dobry program oraz na jakiej podstawie został stworzony. Logo na okładce mówiło “Pearson” albo “Oxford” więc przyjmowaliśmy za pewniak, że są wysokiej jakości. My jedynie zajmowaliśmy się adaptowaniem podręcznika do lekcji w klasie.

Musimy pamiętać, że twórcy podręczników do angielskiego stoją przed trudnym zadaniem. Muszą oni stworzyć produkt, który będzie się masowo sprzedawał i w jak najlepszy sposób pomoże kupującym. Jednocześnie ten produkt w formie papierowej musi nauczyć komunikacji w 6 formach lingwistycznych: czytaniu, pisaniu, słuchaniu, mówieniu, słownictwie i gramatyce. I dokonać tego w kolorowy, czytelny i zachęcający sposób.

Dlatego, kiedy otworzysz jakąkolwiek książkę do nauki języka zobaczysz totalny miszmasz kolorów, czytanek, zdjęć oraz ćwiczeń. Ucząc się 6 różnych umiejętności językowych i będąc ograniczonym do 2-4 stron na każdy rozdział, oznacza, że każdej umiejętności nauczysz się po trochu, w małych, ale bardzo skondensowanych dawkach.

Moim zdaniem podręczniki radzą sobie z tym niemożliwym zadaniem całkiem nieźle, natomiast nie zmienia to faktu, że mając tak olbrzymie ograniczenia, są bardzo nieefektywną metodą nauczenia sposobu komunikacji jakim jest język.

Zajęcia językowe są później tworzone bazując na tym formacie, przez co lektor nie ma wyjścia jak uczyć Cię wszystkich umiejętności w małych dawkach i jak najkrótszym czasie. Jeśli lekcje trwają 1 do 1.5 godziny to ucząc się raz czy dwa razy na tydzień, masz zwyczajnie za mało czasu i styczności z językiem, żeby nauczyć się wszystkich umiejętności językowych.

OK, program może być drugorzędną rzeczą, bo tak naprawdę najważniejsza umiejętność, którą chcemy wyciągnąć z kursu językowego, to umiejętność mówienia czyli swobodnej rozmowy z innymi ludźmi.

Cały czas rozmawiamy z lektorem, a jeśli on/ona nie mówi po polsku, to w ogóle super, bo przez całe zajęcia uczymy się z nim/nią rozmawiać. Tego nie da się podważyć, prawda?

Prawda?

Blokada Językowa

Zastanówmy się przez chwilę jak wygląda nauczanie “mówienia” z lektorem. Jesteś w klasie, kawiarnii lub na spotkaniu online, sama albo w małej grupie, pod uważnym okiem profesjonalisty – lektora językowego.

Na każdych zajęciach pracujesz z materiałami, które najczęściej są albo w formie podręcznika, albo wyświetlane na ekranie. Każde zajęcia mają swój określony temat: wakacje, hobby, sporty zimowe i podczas tych zajęć uczysz się słownictwa oraz gramatyki połączonej z tym tematem.

Za każdym razem, kiedy popełnisz błąd, lektor kulturalnie Cię poprawia i wyjaśnia jak możesz powiedzieć coś lepiej. Jeśli częściej popełniasz ten sam błąd lub jeśli jest to częścią planu lekcji, lektor spędzi kilka minut wyjaśniając Ci zasadę gramatyczną, po czym zrobi z Tobą kilka ćwiczeń, żeby tę zasadę utrwalić.

Na papierze wszystko się zgadza.

Natomiast w Twojej podświadomości rodzi się zależność od lektora. Innymi słowy, rozmawiając po angielsku przyzwyczajasz się do tego, że: 

1) co chwila popełniasz błąd, który wymaga korekcji, 

2) jest z Tobą anioł stróż, który w każdym momencie może Ci pomóc, 

3) rozmowy po angielsku mają określony temat, 

4) wszystkie pytania w temacie rozmowy są widoczne i zaplanowane.

Później, mając styczność z językiem w “prawdziwym świecie”, nie ma z Tobą anioła stróża, temat rozmowy nie jest jasny, sam musisz wymyślać pytania oraz masz w głowie przeświadczenie, że co chwilę popełniasz błędy, przez co rozmowa sprawia Ci mniej przyjemności.

Prawda jest taka, że większość lektorów językowych nie uczy Cię rozmawiać z ludźmi, tylko odpowiadać na pytania.

Jeśli pracujesz w grupie z innymi kursantami to temat zawsze jest z góry ustalony i wszyscy wiedzą jakie pytania zadawać. To w niczym nie przypomina prawdziwej rozmowy.

Prawdziwe “mówienie” to o wiele więcej niż samo otworzenie ust. Rozmowa z drugim człowiekiem wymaga umiejętności komunikacji takich jak rozpoczynanie rozmowy, aktywne słuchanie, żartowanie, wyłapywanie sarkazmu, radzenie sobie z niezręczną ciszą, zmienianie tematu rozmowy, itp.

Zakładanie, że przecież te umiejętności już masz, ponieważ używasz ich po polsku jest błędne. Nauczyłaś się tych umiejętności bezwiednie na przełomie wielu, wielu lat. Jeśli mi nie wierzysz, to podejdź do pierwszej lepszej osoby na ulicy i przeprowadź z nią 10-minutową rozmowę. Od razu zobaczysz, że zaczynasz analizować jak z tą osobą rozmawiać. Spróbuj zrobić to samo, ale w obcym języku.

Więc jeśli tylko trenujesz odpowiadanie na pytania lektora, ale zaniedbujesz pozostałe umiejętności komunikacji, to nigdy nie pozbędziesz się blokady językowej.

Blokada językowa bierze się z tego, że nie masz pewności siebie w rozmowie, ponieważ od zawsze uczyłaś się języka w bezpiecznych warunkach. Natomiast kiedy masz użyć języka samodzielnie pojawia się problem, ponieważ nigdy w życiu nie używałeś/aś języka samodzielnie.

Paradoks polega na tym, że “na papierze wszystko się zgadza”. Uczysz się języka od kilku lat więc powinieneś go umieć. Ale blokada jest. Więc obwiniasz za to siebie. Mówisz sobie, że “za mało umiesz”, więc zapisujesz się na kolejny kurs, uczysz się więcej słów, więcej gramatyki, a blokada nie znika. W pewnym momencie rzucasz ręcznik na ziemię i postanawiasz, że po prostu nie masz predyspozycji językowych. Język angielski nie jest dla Ciebie.

* * *

To mam na myśli mówiąc, że uczymy się po omacku. Nie masz problemu z językiem angielskim tylko ze sposobem przyswajania go. Sam fakt, że mówisz doskonale po polsku oznacza, że masz predyspozycje językowe. Zauważ, że sposób w jaki nauczyłaś się polskiego jest kompletnie inny od sposobu w jaki teraz aplikujesz do angielskiego. Jest to sposób, który został Tobie, mi i wszystkim innym ludziom narzucony przez ludzi z przeszłości, którzy nie byli mądrzejsi od nas.

Dzisiaj dysponujemy nowoczesną wiedzą i metodami, więc w pewnym sensie jesteśmy mądrzejsi od ludzi, którzy zapoczątkowali klasyczne metody nauczania. Ale nikt z nas nie ma chęci na zmienienie tego, więc wszyscy razem od lat powielamy ten sam złamany schemat. 

Jeśli chcemy mówić płynnie w językach obcych – angielskim, niemieckim, włoskim czy migowym – to musimy zacząć traktować je jak to czym są: sposobami na komunikację z innymi ludźmi.

Pierwszym krokiem w tym kierunku jest zapalenie światła na to co tak naprawdę komunikacja z innymi ludźmi oznacza. Dlatego kolejny rozdział odpowie na pytanie… Czym jest język?

Droga do Płynności

Prosty system nauki i używania języka angielskiego dla tych, którzy mają mało czasu.